Menu

Moja poranna rutyna o drugiej po południu


O rany, jak mi się nie chce wstawać. Może napiszę Jackowi, żeby przesunąć spotkanie? Nie, Minerwa, rusz wreszcie tyłek. Cholera, że też w nocy byłam tak podekscytowana dzisiejszym dniem, że nie mogłam zasnąć. I cholerne nowości w Legimi, muszę napisać do Marcina. Czytałam do szóstej rano. Sprawdzam na jakdojade.pl, ile czasu mam do wyjścia. Dwadzieścia trzy minuty. Napisać, że się spóźnię? Gdzie tam! Ja nie zdążę?!

Wyskakuję z łóżka i patrzę na świeżo uporządkowaną szafkę z kosmetykami. Zaplanowałam strój i makijaż na dziś, ale mam okropnie mało czasu. Makijaż czy punktualność, makijaż czy punktualność... Wybieram makijaż. Nie po to wydałam miliony na te wszystkie pędzelki, rozświetlacze i inne pierdoły, żeby tego nie używać. Poza tym Jacek będzie szczęśliwy, widząc mnie wyszykowaną. Postanowiłam, że przestanę się obsesyjnie oszpecać, żeby nie być ocenianą po wyglądzie i całkiem nieźle mi to wychodzi.

Porywam obmyślane wcześniej ciuchy, pojemnik z kosmetykami i kielich na wódkę (na bardzo dużo wódki), w którym trzymam pędzle, i biegnę do łazienki. Wyjątkowo zakładam spodnie, bo jest zimno. Do tego kolorowa koszula. Szoruję zęby, sięgam po nowiutki pędzelek i znienawidzony podkład z Rimmela. Jak tylko dotknę tego palcem, mam suche ręce cały dzień. Mimo mycia i kremu. Wrrrr. Pędzel jest mięciutki, ale chyba zostanę przy nakładaniu podkładu gąbką. Znienawidzony podkład się kończy. Dodaję do dzisiejszej listy zakupów nowy. Baza na powieki, korektor pod oczy, nic specjalnego. Zerkam na JakDojadę. Szesnaście minut. Dorobiłam się dwóch pędzli z Hakuro - H13 i H77. Biorę ten do powiek, sięgam po paletę z Makeup Revolution, niebieski cień, jaśniejszy cień, rozświetlenie kącika, kredka, blendowanie, brwi, tusz. Mój ulubiony tusz postanowił zrobić mi dziś krzywdę. Psioczę w myślach na wszystkie dziewczyny narzekające na krótkie rzęsy. Jak ja im zazdroszczę.

Kolejny pędzel, konturowanie. Tak się spieszę, że zapominam o partiach twarzy, które nie są policzkami. Trudno, będę raz w życiu subtelna. JakDojadę mówi, że zostało mi sześć minut. Cholera. Piszę Jackowi, że spóźnię się kilka minut. Tym sposobem zyskałam dodatkowe kilkanaście. Dobieram pomadkę. Na koszuli mam dwa odcienie czerwieni, myślę, do którego dobrać pomadkę. Biorę moją ulubioną, jaśniejszą. Niematową dla odmiany. Przyglądam się swojemu odbiciu. Całkiem ładnie sobie wyszłam. Zbieram szybko wszystkie pierdoły i zanoszę je do świeżo wypucowanego pokoju. Pędzle umyję wieczorem, trudno. Liczyłam na to, że zdążę rano, bo uwielbiam to robić.

Idę się czesać. Fryzjerka dostałaby zawału. Trzy szarpnięcia i brak kołtunów. Straszny przychlast. Przeziębiłam się (znowu) i wypróbowałam trik z suchym szamponem na noc. Jak widać, nie zadziałało. Trudno, i tak pada. Aj, zapomniałam o mgiełce do twarzy! I perfumach. Potykam się o kota, pakuję czytnik ebooków i klucze (na pięknej smyczy z Wiedźminem) do torebki. Cztery minuty, idealnie. Buty są. Na szyję zakładam obrzydliwy, krepiniasty pomarańczowoczerwony szalik. Ładniejszy szalik zostawiłam u któregoś z moich byłych. Nie ma co myśleć o odzyskaniu, pora kupić nowy. Gorzkie rozmyślania przerywa telefon. Dzwoni kandydat na mojego kolejnego byłego. Nie odbieram. Dobrze mi tak, jak jest. Jak znaleźć faceta? Nie chcij go mieć. Idealna metoda. Czuję ukłucie wyrzutów sumienia. A jak stało się coś złego i chciał się wyżalić? Notuję w pamięci, żeby oddzwonić wieczorem.

Zakładam swoje niesławne futro i słuchawki. Znowu zapomniałam zaktualizować playlistę, więc słucham randomowego dziadostwa. Powtarzam w myślach listę rzeczy do zrobienia na dziś i wreszcie wylatuję z domu.

Czytaj więcej >

Podsumowanie roku (i trochę więcej)


Zainspirowana przez notkę Noemi, która w dodatku dotrzymała mi towarzystwa podczas Sylwestra (było BEZNADZIEJNIE, bez alkoholu, fajerwerków, za to z kotem i książką, tragedia po prostu), postanowiłam parę słów o tym roku powiedzieć. Nie o roku 2015; dla mnie poprzedni rok trwał od listopada 2014 do listopada 2015. Grudzień był na refleksje, decyzje i podsumowania.

Ten rok był dość paskudny, ale kończy się z perspektywami, że będzie lepiej. Poszłam na studia, parę miesięcy później nauczyłam się od nowa czytać, pracując nad swoją koncentracją. Poznałam pierwszą prawdziwą Miłość Mojego Życia, chociaż prawdopodobnie nie ostatnią, niestety. W międzyczasie zmieniłam kilka swoich przekonań. Zrozumiałam, na czym polega partnerstwo w związku; teraz wpajam to wszystkim moim znajomym, którzy narzekają, że ich partner/partnerka ich ogranicza w jakikolwiek sposób. Chcę w przyszłym roku iść na inne studia. Polonistyka nie jest dla mnie. Ja po prostu lubię czytać, lubię czerpać inspiracje i artystycznie bujać w obłokach. W dodatku tak się składa, że jak każą mi czytać superambitne dzieła z XV wieku, mam ochotę na fantastykę. I na odwrót.

Moje zwierzęce stado się powiększyło, składa się teraz z psa, akwarium, dwóch szynszyli, dwóch świnek morskich i kota. Ponownie zostałam mamą kilka dni temu - dołączył do nas właśnie kociak. Rasowy, piękny, cudowny, ale bardzo chory. Potrzebuje więcej opieki niż inne zwierzaki, ale damy radę.

Najbliższe mi osoby rozjechały się na kilka stron świata, kolejne myślą o przeprowadzce. Zbliżyłam się do kilku osób, ale póki co nowe przyjaźnie nie awansowały na stałe, chociaż w przypadku przynajmniej jednej mam nadzieję, że tak się stanie.

Wystawiłam własny spektakl. Wciąż szykuję notkę na ten temat. I zrobiłam remont bloga! Z tego jestem naprawdę zadowolona. Bardzo bym chciała go rozwijać, ale brakuje mi wymiernych efektów mojej pracy, przez co się demotywuję. Ale wciąż mam nadzieję, że to przepracuję.

Moje zdrowie psychiczne ma się relatywnie dobrze, ale zaczęłam mocno o nie dbać. Fizyczne ma się trochę gorzej, co mnie przeraża na tyle, że odwlekam od miesiąca wizytę u lekarza, ale nad tym też popracuję.

Czyli wychodzi na to, że stało się kilka dobrych rzeczy. :-) Życzę Wam wszystkim bardzo dobrego, produktywnego roku, w którym będziecie walczyli o swoje marzenia.
Czytaj więcej >

Magia Świąt


Przestała istnieć, gdy matka wprowadziła mnie w dorosłość i dziadkowie nie musieli podkładać prezentów pod choinkę, udając, że to Mikołaj. Zawsze mi się wydawał mało prawdopodobny (bo przecież gdyby istniał, zniknąłby problem głodu na świecie, prawda?), ale czasem łatwiej jest wierzyć. Nawet pomimo logicznych argumentów. 

Niestety sporo mi z tej dziecięcości zostało. Naiwnie wierzę w ideały, w historie jak z filmu. Potem mogę tylko wyć i krzyczeć "mamo, ale przecież jest Wigilia, powinien stać się jakiś cud!". Nigdy w Wigilię nie przyszedł Mikołaj. Nigdy nie przyszedł nawet niespodziewany gość na puste miejsce. Nigdy nie odezwał się dawno zapomniany przyjaciel. Nigdy nie stało się to, co sobie wymarzyłam.

W zeszłym roku miałam piękne Święta. Zupełnie nowa konstrukcja mojego życia była idealna i bezpieczna, aż miałam ochotę skakać ze szczęścia. W tym roku siedzę i płaczę, bo konstrukcja okazała się zbudowana z kart. I to dziwnie ciężkich, bo jak runęła, zabolało. Nie chce mi się nawet budować nowej. Zawsze wychodzi tak samo. Dupa, dupa, dupa.

Nie cierpię słyszeć "wesołych Świąt". Co mogę na to odpowiedzieć? Tylko puste "nawzajem", mimo że mój rozmówca najchętniej zepchnąłby mnie ze schodów, a ja na jego miłe życzenia odpowiedziałabym "daj spokój, i tak wesołe nie będą, bo akurat jestem strasznie nieszczęśliwa, wszystko mi się posypało, a Wigilia będzie dwuosobowa". Nie, kurwa, nie będą wesołe. Jest do dupy i mam dość udawania, że jest inaczej.

Tym, u których to możliwe, życzę mimo wszystko wesołych Świąt i jak najlepszego wykorzystania tych kilku dni urlopu. Tym, którzy perspektywy aktualnie mają beznadziejne, życzę przetrwania i nieutracenia swojej dziecięcej naiwności. Może jednak jest w niej coś pięknego?

HO. HO. HO.
Czytaj więcej >

Jak nie być zaborczą suką?


Kobieto, puchu marny! W dzisiejszym odcinku Minerwa Radzi powiem ci, jak nie być zaborczą suką, chociaż wiem, że jeśli takową jesteś, wydaje ci się, że jesteś idealna. Słowem: i tak mnie nie posłuchasz i jeśli się czegoś nauczysz, to dopiero wtedy, jak stracisz ukochaną osobę. Mimo wszystko spróbuję jednak wbić ci coś do głowy.

Jeśli nie dajesz żyć swojemu ukochanemu, to prawdopodobnie żyjesz poprzednim związkiem, w którym byłaś zdradzana, jesteś zakompleksiona i/lub nie masz własnego życia. Uwiesiłaś się swojego mężczyzny jak tonący brzytwy albo rzep psiego ogona; nie wiem, co gorsze. W związku z tym pierwsze, co powinnaś zrobić, to dać mu żyć. Pewnie się boisz, że każda jego znajoma i każde wyjście wiąże się z potencjalnym seksem na boku. Ale przecież to ciebie wybrał i ciebie kocha. A jak cię zdradzi... to jest idiotą, który się na tobie nie poznał. Polub siebie chociaż trochę. Farmazon, ale przydatny. Niezbyt górnolotny, ale prawdziwy cytacik z Goodgirl do tego:
Warto czasem spojrzeć na konkurentkę jak na osobę, która robi nam ogromną przysługę. Jak na Anioła Stróża zesłanego z nieba, żeby pomóc nam porządkować życie, pozbyć się tego, co nam nie służy.
Po drugie, rusz tyłek. Nie musisz robić wszystkiego ze swoim partnerem (sic! partnerem, nie psem na smyczy!). On gdzieś idzie ze znajomymi? Ty wyjdź ze swoimi. Albo sama. Zajmij się własnymi zainteresowaniami. Zobaczysz, że nie będziesz miała czasu na zawracanie ukochanemu głowy 24/7.

A co zrobić, jak twój ukochany cię rzucił, bo nie wytrzymał twoich jazd? Ojojoj. Prawie współczuję, ale nie załamuj się. W pierwszej kolejności otwórz szampana i wznieś toast. Oznacza to, że byłaś z mężczyzną, który - mówiąc potocznie - ma jaja, czyli w tym przypadku potrafi po prostu zawalczyć o siebie. Świadczy to o tym, że jest wartościową, pewną siebie osobą. Tym gorzej, że go straciłaś, ale czasu nie cofniesz. Pewnie masz ochotę się posamobiczować i poużalać nad sobą, ale nie rób tego za długo. Wrak człowieka jest mało atrakcyjny. Przyznaj się do błędu i odłóż bicz razem z poczuciem winy, a potem zrób wszystko, o czym pisałam wyżej. Może ci wybaczy i wróci, czego ci życzę. Może pojawi się ktoś inny. Może będzie ci dobrze samej. W każdym razie kiedyś na pewno będzie dobrze, bo jest niewiele jednostek wiecznie nieszczęśliwych.

Generalnie polecam zrozumienie zasad partnerstwa w związku. Odkąd zrozumiałam, sama nie lubię, jak ktoś (nie chłopak, bo takowego nie mam, ktokolwiek) przesłuchuje mnie, co robię, z kim, kiedy, dlaczego i po co. Pewnie ta skrajność w jakimś stopniu mi przejdzie. Kiedyś. Ale miło wiedzieć, że każdy człowiek jest istotą autonomiczną, nawet jeśli proces dochodzenia do tego był bardzo bolesny. Tobie, zaborcza suko, polecam zrozumieć to wszystko trochę szybciej. Powodzenia!
Czytaj więcej >

Szybki przegląd nowości kinowych


W ostatnich tygodniach wyrobiłam swoją standardową roczną normę kinową. Widziałam dwie nowości, w tym jedną na nocnym maratonie filmowym. Miałam napisać o tym trochę więcej, ale spóźniłam się na tyle, że będzie krótko i na temat - bez żadnych głębszych rozważań i recenzji. Za kilka dni wybieram się też prawdopodobnie do bardziej kameralnego kina na zdecydowanie mniej popularne filmy, ale o tym Wam nie napiszę, coby Was nie zanudzić, zwłaszcza że ekspertem od filmów nie jestem.

Pierwszym filmem, który widziałam, były Listy do M. 2. Pewnie wielu z Was kojarzy pierwszą część; komedia romantyczna, słodka, naiwna, chwytająca za serce i wzruszająca. Wszystko kończy się do bólu dobrze. Czyli idealne odzwierciedlenie mojego idealistycznego, romantycznego i naiwnego światopoglądu. Miałam akurat kilka godzin wolnego, a mój światopogląd potrzebował wzmocnienia, więc uznałam, że pójdę, czemu nie. Efekt? Kilkudniowe zdołowanie. Film nie jest już komedią romantyczną, mamy pewną śmierć, niedoszłą śmierć, pożar... Zabawnych momentów nie odnotowałam. Wcale nie poczułam się świątecznie podbudowana, zamiast tego się popłakałam. Niestety nie mogę Wam powiedzieć, dlaczego, żeby nie spoilerować. Ale przemyślcie decyzję o pójściu na ten film w Święta.

Później przyszła pora na wszystkie Igrzyska Śmierci w tym Igrzyska Śmierci: Kosogłos. Część 2. Nie widziałam wcześniej żadnego filmu z tej serii, więc wszystko było dla mnie nowością. Fani serii mnie teraz zjedzą, ale zupełnie nie trafia do mnie wątek miłosny zawarty w całej tej historii. W skrócie wygląda on tak, że bohaterka sama nie wie, co do kogo czuje, czego efektem jest całowanie każdego z dwóch zainteresowanych nią mężczyzn, kiedy tylko któregoś napotka. Pierwszy film był ponadto bardzo przewidywalny, ale w swoim gatunku bardzo w porządku. Cała historia może nawet dać sporo do myślenia.

Nie wiem, czy to kwestia tego, że maraton trwał od 22 do 8, ale ostatnie dwa filmy wydały mi się znacznie bardziej jałowe niż poprzednie, jak również odrobinę przegadane. Nie wiem, jakie mają zdanie znawcy serii, ale dla mnie spokojnie można było zrobić z Kosogłosu jeden film. Zabawna była końcówka, bo film zamiast mieć rozwiązanie akcji i jedno zakończenie, miał ich chyba z pięć, więc kończył się pół godziny. Nie lubię też nieprawdopodobnych psychologicznie zakończeń, a wydaje mi się, że po takich doświadczeniach, bohaterowie nie skończyliby na życiu długo i szczęśliwie. Spora część raczej wylądowałaby w szpitalach psychiatrycznych.

Jeśli chodzi o Igrzyska Śmierci, może to po prostu nie jest mój gatunek filmu. Na pewno nie polecam budowania świątecznego nastroju na Listach do M. Nocne maratony filmowe też nie są dobrym pomysłem, jeśli nie możecie wyspać się następnego dnia. Ja spałam chyba z dobę i wróciłam obolała, bo siedzenie na tyłku tyle godzin nie jest zbyt wygodne, zwłaszcza jak nie bardzo jest jak rozprostować nogi. Może się jeszcze kiedyś wybiorę na coś takiego, ale lepiej przemyślę wybór miejsca i chyba wybiorę maraton, na którym jest mniej filmów niż cztery.

Są tu jacyś fani serii Igrzyska Śmierci, którzy chcą mnie nawrócić?
Czytaj więcej >

"Udręka życia" w Teatrze Narodowym czyli o wyjątkowości bólu

Źródło: http://narodowy.pl
Kiedy odbieramy jakikolwiek rodzaj sztuki dla przyjemności, zwykle utożsamiamy się z jakimś bohaterem. Jak powiedział John Steinbeck:
Oczywiście, człowiek interesuje się tylko samym sobą. Jeżeli dana opowieść nie mówi o słuchaczu, ten nie będzie jej słuchał. Tutaj stawiam regułę: wielka i trwała opowieść musi mówić o każdym, bo inaczej nie przetrwa. To, co dalekie i obce, nie jest interesujące - tylko rzeczy głęboko osobiste i blisko nam znane.
Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, o ile bohater, z którym się utożsamiamy, nie mówi o swojej wyjątkowości. W takim razie wszyscy uważamy, że jesteśmy jedyni na świecie! Jona Popoch w Udręce życia mówi o swoim bólu, narzeka na swoje marne życie u boku pospolitej żony. Niestety nie zapisałam kluczowego dla tej kwestii tekstu, ale znalazłam podobny z Udręki życia w reżyserii Opatowicza granej w Szczecinie:
Jestem straconym człowiekiem. Wiem, że wielu cierpiało tak, jak ja, ale kiedy boli mnie, to tak, jakby bolało pierwszego człowieka na świecie!
Cały spektakl jest przepełniony ironicznym humorem, w którym na pewno odnajdą się pary z wieloletnim stażem, co wnioskuję po salwach śmiechu rozchodzących się po sali. Ale to też coś więcej. To spektakl o marności życia, o codzienności, o uciekaniu przed miłością (i jej brakiem), Aktorstwo jest utrzymane na bardzo wysokim poziomie, zwłaszcza znany wszystkim Janusz Gajos zaprezentował swoje wyjątkowe umiejętności. Reżyser - jak zwykle mistrzowski Jan Englert - gra nowymi formami teatralnymi, ale jednocześnie nie wali po oczach umieszczoną na siłę nowoczesnością. Powinni się od niego uczyć zarówno nowi, jak i doświadczeni reżyserowie.
Tak jesteśmy zbudowani. Gdy nas nie kochają, płaczemy.
Gra audiowizualna wzbogaca spektakl. Z tyłu sceny, na ekranie, wyświetlane jest jedno z dwóch teł, które płynnie przechodzą między sobą. Jedno z nich - krajobraz miejski - wyświetlane jest, kiedy Jona narzeka na swoją nieintelektualną, pospolitą żonę, a drugie - kosmos - kiedy to ona analizuje jego życie. Świetny efekt dały również piosenki śpiewane przez postacie; podkład muzyczny i nagranie samego tekstu idealnie współgrało z głosem aktora.
Pół godziny temu chciałem cię zostawić. Teraz wiem, że nie ma dokąd iść. 
 Czy przestawione w spektaklu małżeństwo jest ze sobą z miłości? To słowo (lub też słowo "kocham") pada w sztuce jedynie pięć razy, przy czym raz w piosence. Z drugiej strony Jona w końcu odchodzi, choć nie w taki sposób, w jaki można by było się spodziewać. Czy w ogóle miłość istnieje? Bohaterowie spektaklu odpowiadają na to w ten sposób:
Nie ma żadnej miłości. Jest tylko strach, żeby nie być samemu w nocy?
Nie mogę zgodzić się z takim poglądem, jeśli chodzi o miłość jednostronną. Jeśli chodzi o miłość odwzajemnioną, odpowiedzcie sobie sami. Najlepiej idąc na Udrękę życia i zastanawiając się, czy zachowanie postaci współgra z ich czynami.

Żeby nie kończyć tak gorzko, chciałabym powiedzieć wszystkim introwertykom, leniwcom i innym osobom gnuśniejącym w domu, że warto czasem w stać. Twarz rozjaśniła mi się na sam widok teatru, a gdybym ruszyła się z domu pół roku wcześniej, byłabym teraz bardzo, bardzo szczęśliwa i dzisiejszego dnia bym świętowała. Tymczasem mogę jedynie zaprosić na własny spektakl, informacje tu
Czytaj więcej >

Kryzys w blogowaniu - co z nim zrobić?


W poniedziałek byłam na spotkaniu autorskim z Ewą Grzelakowską-Kostoglu czyli Red Lipstick Monster. Niewiele brakowało, by był to jeden z najgorszych dni w moim życiu, bo wszystko na raz się zepsuło, ale na samym spotkaniu zauważyłam jedną ciekawą rzecz. Ewa ma ogromne wsparcie w tym, co robi. Rolę asystentki, która robiła chętnym zdjęcia z autorką Tajników makijażu, pełniła znajoma/przyjaciółka Ewy występująca czasem w jej filmach. Gdzieś tam ciągle kręcił się jej mąż. Widać było, że bliscy wspierają ją w tym, co robi. Jeśli ty też masz wokół siebie ludzi, którzy cię wspierają, nie czytaj tego posta, tylko idź ich przytul, podziękuj im i pogadaj z nimi o swoim problemie. Na pewno dostaniesz pozytywnego kopa do działania.

Ale co zrobić, jeśli nie ma się wsparcia bliskich? Tak naprawdę mam wrażenie, że należy po prostu wymienić bliskich, bo to, że ktoś nie zna się na tym, co robisz, nie oznacza, że nie może cię wspierać. A komunikat "nie szanuję twojej pasji, uważam ją za śmieszną" od ważnego człowieka jest bardzo fuj i nie ok. Gdybym była dziewczyną nałogowego zbieracza starych puszek, to może by mnie to bawiło, ale podczas licytacji Wyjątkowej Starej Puszki bardzo bym kibicowała partnerowi. Da się? No da się.

No ale dobrze, zostawmy innych ludzi. Jeśli prowadzisz bloga, na pewno są chwile, w których każdy temat wydaje ci się beznadziejny, statystyki stoją, a ty nie wiesz, co robić dalej. Przede wszystkim nie narzucaj sobie presji. Wiem, że Kominek aka Jason Hunt podkreśla wielokrotnie, że w blogowaniu bardzo ważna jest regularność publikacji, ale inny popularny pozablogowy autorytet - Wojciech Modest Amaro, do którego mam spory sentyment - powiedział kiedyś, że trzeba patrzeć o krok naprzód. Trzeba myśleć o dobrym daniu, nie o gwiazdce Michelin. O dobrym, fajnym, przyjemnym wpisie, nie o milionie czytelników.

Po drugie nie myśl przez chwilę o zdaniu innych i skup się na sobie. Droga, którą powinieneś iść, znajdzie się sama. I tak wszystkich nie zadowolisz, a szydercy mogą nie czytać. Oczywiście mam nadzieję, że nie przejmujesz się zdaniem hejterów spoza grona swoich znajomych z realnego życia? Jak masz hejtera, skończ czytanie w tym miejscu i wyjmij szampana.

Po trzecie nie bój się. Może trzeba usunąć bloga i zacząć zupełnie od nowa? Może trzeba założyć drugiego, anonimowego?
Czytaj więcej >

Czy na portalu randkowym można znaleźć miłość? - eksperyment


Tytuł posta nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością, bo ja miłości nie próbowałam szukać. Ale miłość zaczyna się od przyjaźni, a przyjaźń zaczyna się od rozmów. Szukałam więc interesujących rozmówców.

Założenie było takie, że zarejestruję się na kilku portalach randkowych, zobaczę, jak to wygląda, a potem oczywiście przy okazji opiszę Wam wnioski. Pierwszym błędem w moim rozumowaniu było słowo "kilku" - jeden portal pochłaniał bardzo dużo czasu, z większą ilością na raz nie dałabym sobie rady. Na eksperyment musiałabym poświęcić kilka miesięcy, a tego bym z kolei nie wytrzymała psychicznie - w dalszej części powiem Wam, dlaczego. W związku z tym podzielę się swoimi osobistymi obserwacjami z pobytu na jednym portalu. Może inne wyglądają inaczej, może kiedyś do tego wrócę, nie wiem. Na razie mam dość.

LUDZIE NA PORTALU

Portal, na którym byłam, jest średnio popularny (jak wynika z opinii, które wcześniej czytałam w internecie) i całkowicie darmowy. Większość użytkowników to mężczyźni. Wiek użytkowników jest raczej średni, najwięcej osób w przedziale 30-50 lat, trochę mniej powyżej 50 i poniżej 30. Przy czym "poniżej 30" oznacza raczej 28 niż 22. Najwięcej osób ma wykształcenie wyższe. Nie zauważyłam różnicy w ilości osób deklarujących się jako w związku i jako wolne, co jest dość ciekawe, bo można by sądzić, że więcej będzie osób wolnych. Ale brak różnicy oznacza szczerość; jeśli tyle osób przyznaje się do związku, szansa na randkowanie z kimś żonatym podającym się za wolnego jest stosunkowo niewielka. Wydaje mi się, że przeważały osoby szukające tylko seksu - zarówno wśród osób wolnych, jak i zajętych. Co ciekawe były też osoby pozostające w związku i szukające... prawdziwej miłości. Niestety z żadną z takich osób nie złapałam na tyle długiego i dobrego kontaktu, żeby zapytać, dlaczego po prostu nie zakończą związku od razu, skoro i tak to planują. W życiu nie umówiłabym się z taką osobą, bo gdybym się z nią związała, byłaby bardzo duża szansa na to, że mnie potraktuje dokładnie tak samo jak obecną partnerkę. Portal umożliwia też parom wspólne konto, zwykle szukają trzeciej osoby do trójkąta.
Nazwy portalu nie podam, tak jak nicków osób, o których będę mówić. Staram się uszanować prywatność osób korespondujących ze mną.

INFORMACJE O MNIE

Nie kłamałam. Przedstawiłam się jako osoba wolna i nie szukająca niczego konkretnego; po prostu przyszłam, żeby pogadać, poznać nowych ludzi, nic szczególnego. Oczywiście nie powiedziałam tego, że jestem blogerką i mój pobyt na portalu może zostać opisany na blogu jako część mojego życia, bo to z niego czerpię przecież inspirację. Nie ukrywałam, że nie szukam tu związku, ale nie dodałam, że moja sytuacja miłosna jest zwykle skomplikowana i nawet jak nie jestem w związku, mam zajęte serce albo po prostu nie mam ochoty się użerać ze sprawami sercowymi. Podałam oczywiście prawdziwe zainteresowania, wiek (mam 20 lat), takie ogólne informacje. W ramach chęci sprawdzenia również kobiet przedstawiłam się jako osoba biseksualna. Założyłam specjalny adres mailowy, wymyśliłam zupełnie nowy nick, nie pokazałam swojego zdjęcia. Wygląd zataiłam z dwóch powodów. Pierwszy to oczywiście anonimowość, a drugi to taki, że chciałam nawiązać znajomości wyłącznie intelektualne/psychiczne, a nie oparte na "o, fajne cycki, napiszę do niej". Nie jestem osobą brzydką i często jestem oceniana po wyglądzie, ale w zupełnie innym sensie niż ten, który jako pierwszy przychodzi do głowy; czyli po prostu ktoś się mną interesuje, bo ładna i nie zwraca uwagi na to, co mam do powiedzenia.

MOJE OBSERWACJE

Moja zabawa zaczęła się dokładnie dwa tygodnie temu. Te dwa tygodnie dłużyły mi się w nieskończoność. Dłużej bym nie wytrzymała. Na 65 (!!!) osób, które się do mnie odezwały, wspólny język znalazłam z dwiema. Już po kilku godzinach uzupełniłam swój profil informacją, że nie interesują mnie propozycje seksualne. Czy to coś dało? A gdzież tam! Jedna osoba nawet zapytała, czy nie kłamałam, mówiąc, że mnie takie propozycje nie interesują. Gdy potwierdziłam, napisał, że szkoda, iż nie jestem bliżej, bo ma ochotę na seks. W drugiej wiadomości. Nie wiedząc nawet jak wyglądam. Poczułam się trochę tak, jakbym rozmawiała z kimś, dla kogo kobieta jest kawałkiem mięcha do zaspokajania fizycznych żądz. Może moim błędem było odpowiadanie na każdą wiadomość, choćby krótkim "nie jestem zainteresowana". Zresztą, kurczę, nie wiem nawet, co powiedzieć, więc może przejdźmy dalej. Teraz zrobi się śmiesznie.

NAJWIĘKSZE TRAGEDIE

  1. Pierwsze miejsce bezkonkurencyjnie zajmuje użytkownik po pięćdziesiątce, który napisał do mnie taką oto wiadomość: "hej kochanie :*". Wiek generalnie między moją matką a moim dziadkiem, więc nie bardzo miałam ochotę na rozmowy. Napisałam w związku z tym, że zwykle nie pozwalam nieznajomym zwracać się do mnie w taki sposób. Oczywiście pan stwierdził, że na pewno się poznamy (:*), a gdy grzecznie podziękowałam za ofertę uznał, że podziękuję później (kolejny buziaczek) i zaprosił mnie do siebie na wieczór. Stanowczo odmówiłam i przestałam odpisywać. Pan zagroził mi, że nie będzie mnie kochał. No, nie mogę odżałować. Zdążył mnie pokochać po tych kilku zdaniach, miłość na całe życie. Potem powiedział, że zakłada partię i chce mnie wciągnąć na członka (bez skojarzeń). Bardzo żałuję, że nie zapytałam, co to za partia, bo jeszcze naprawdę ją założy, a ja na nią niechcący zagłosuję... Przyszłość polityki!
  2. Bardzo rozbawił mnie pan, który po przejrzeniu mojego profilu napisał do mnie, chwilę pogadał, po czym - znając mój wiek od początku - uznał, że jestem za młoda na rozmawianie z nim. A podobno to kobiety mają problemy z logicznym myśleniem...
  3. Kolejne miejsce na liście zajmuje para. Generalnie sympatyczna i w porządku, chociaż zainteresowana szukaniem kogoś do zabaw erotycznych. Ale dziewczyna powiedziała, że możemy po prostu pogadać, nawet niekoniecznie o seksie. Pięć razy jej powtarzałam, że nie interesują mnie przygody, a i tak wypytywała, jakie przeżyłam. Raz udało jej się zadać pytanie o ilość moich łóżkowych partnerów w tak wulgarny i obrzydliwy sposób, że mnie zatkało, a nie jestem jakąś oburzającą się mniszką. Generalnie czytanie ze zrozumieniem nie jest zbyt mocną stroną takich portali.
Tego typu sytuacji było sporo. Parę razy mnie ktoś zwyzywał. Dlatego nie wytrzymałam - wysłuchiwanie kilkunastu propozycji seksualnych dziennie wcale nie jest przyjemne. A nie zamieściłam przecież swojego zdjęcia! Wolę nie myśleć, co by było, gdybym to zrobiła, bo panowie mieliby wtedy materiał do bardziej obrzydliwych tekstów. Z tym że różne dziwne sytuacje zdarzają się nie tylko na portalach randkowych. Ostatnio napisał do mnie na Facebooku nieznajomy szukający partnerki i chciał wiedzieć, czy możemy razem być. Wspólnych zainteresowań zero, a mógł to przecież sprawdzić. Po prostu napisał do randomowej dziewczyny, która spodobała mu się z wyglądu.

Nie mam nic przeciwko temu, że ludzie szukają przygód, to ich sprawa. Takie portale byłyby całkiem przyjemne, gdyby ludzie czytali ze zrozumieniem i szanowali zdanie innych. Jeśli ciebie interesuje znalezienie kochanki, a ja wyraźnie napisałam, że chcę tylko pogadać z kimś inteligentnym - nie pisz do mnie, a na pewno nie proponuj mi seksu. Proste i logiczne.

Długo zastanawiałam się, czy publikować ten post. Nie chciałam, żeby ktoś pomyślał, że zachowałam się niemoralnie i bałam się wyśmiania przez znajomych, gdy dowiedzą się, że zarejestrowałam się na portalu randkowym. Ale tak naprawdę nawet gdybym postanowiła znaleźć w ten sposób partnera, nie ma w tym nic złego. A kiedy bym szukała? Gdybym potrzebowała dotrzeć do niszy, gdybym szukała homoseksualnej kobiety na przykład. Trudniej w końcu spotkać osobę tej samej płci o odpowiedniej orientacji, są niszowe portale skierowane specjalnie dla takich grup. No ale na razie nie szukam, a z całej przygody zostanie mi kilka fajnych anegdot i jedna lub dwie osoby, z którymi czasem pogadam.

--------------------------------
OFFTOP: Zapraszam tu. Wzięłam udział w sesji zdjęciowej u znajomej. Trochę się bałam, bo dawno się nie widziałyśmy, a bardzo chciałam, żeby była zadowolona. Wyszło bardzo fajnie. Na tyle fajnie, że dostałam kilka propozycji, więc może częściej będę zajmować się pozowaniem. :-)
Czytaj więcej >

"Red Lipstick Monster. Tajniki makijażu" - prawda o książce


Bardzo nie lubię, jak youtuber lub bloger staje się wyłącznie celebrytą i wydaje swoją autobiografię, album swoich selfie robionych co godzinę przez tydzień albo grubą księgę - obowiązkowo ze swoją gębą na okładce - z głębokimi jak studzienka kanalizacyjna aforyzmami jego autorstwa. To, co robi taka osoba, traci na wartości. Widać, że zdobyła popularność i przestała się starać. Jej wola i jego fanów. Ewa Grzelakowska-Kostoglu znana jako Red Lipstick Monster jest inna i dlatego właśnie kupiłam jej książkę. Nie tylko sprawia wrażenie ogromnie sympatycznej osoby, ale napisała coś przydatnego. Po zakupie tej książki mam poczucie dobrze wydanych pieniędzy, a to bardzo przyjemne uczucie. Ale po kolei. Postaram się przekazać Wam wszystko, co wiem i myślę o tej książce, bo zainteresowanie nią jest ogromne.

WYGLĄD

Książki nie ocenia się po okładce, ale sama Ewa bardzo dużo mówiła w swoich filmach na temat piękna jej własnego dzieła. Mam wrażenie, że mówiła o tym trochę za dużo, przez co moje oczekiwania zwiększyły się tak, że odrobinę się rozczarowałam. Denerwowały mnie takie szczegóły jak zniekształcone przez przerwę między stronami zdjęcie czy - o zgrozo! - biała czcionka na szarawym tle (czcionka zresztą dla mnie w ogóle była za mała, ale ja jestem ślepa). W życiu nie zauważyłabym takich szczegółów jak serduszko na wyklejce od strony treści, gdyby nie obejrzenie filmu. Ale całkowicie rozumiem RLM. Widać, że do każdego szczegółu książki przyłożyła rękę, wszystko sama przemyślała i brała w tym udział. Nic dziwnego, że się cieszy i chwali. Dbałość i jej zaangażowanie jest widoczne, co na pewno zasługuje na pochwałę.

MAKIJAŻOWE PORADY

Red Lipstick Monster prezentuje bardzo fajne podejście do makijażu. Nie każe malować się blondynce tylko jednym kolorem, nie narzuca niczego. Tłumaczy, która opcja pozwala uzyskać dany efekt, ale to są sugestie, nie sztywne wskazówki. Każda z nas ma się czuć dobrze z tym, jak wygląda i przede wszystkim podobać się sobie. Ewa na swoim kanale poleca też produkty niewymagające ogromnego budżetu. Jej porady są dla każdego. Obawiałam się trochę książki, bo słowo pisane różni się od mówionego, na filmie można pokazać, co i jak robić, w książce można najwyżej zamieścić zdjęcie. Autorka jednak całkiem dobrze wszystko opisuje. Pisze dość lekko, bez większych zgrzytów.

FILMY CZY KSIĄŻKA?

Tu jest problem, bo większość rzeczy zawartych w książce jest na filmach. Jeden cały rozdział nie ma swojego odpowiednika na kanale Red Lipstick Monster, ale myślę, że to kwestia czasu. Jest to rozdział z poradami dla okularnic. Sama noszę okulary i wiązałam z nim spore nadzieje, ale mi osobiście dał niewiele. W ogóle sporo czasu przeznaczonego na czytanie książki spędziłam na próbie określenia, czy mam zimną, czy ciepłą tonację skóry i za nic w świecie mi się nie udało. Podziwiam Ewę za tę wrażliwość na kolory, ja jestem facetem pod tym względem.
Mimo tego, że trochę więcej spodziewałam się po rozdziale dla okularnic, uważam książkę Ewy Grzelakowskiej-Kostoglu za obowiązkową na półce każdej kobiety. Filmów na YT nie da się tak uporządkować, a książka to zbiór podstawowych porad. Można zrobić pełny, dobrze wyglądający makijaż, wspomagając się tylko nią. Mam wrażenie, że większość kobiet maluje się na zadzie "mam coś w szafie, ale w sumie nie wiem za bardzo, po co to jest i co z tym zrobić". Podstawy warto znać.



DLACZEGO KUPIŁAM?

Od kilku miesięcy regularnie oglądam Red Lipstick Monster, ale filmy - mimo playlist - są zbyt chaotycznie ułożone w porównaniu do pięknej, podzielonej na rozdziały książki. Kanał Ewy zmienił moje podejście, po długiej przerwie zaczęłam o siebie dbać. Zrozumiałam, że to nie makijaż pogarsza stan mojej cery, ale nieodpowiednia higiena sprzętu i brak porządnego demakijażu. Wciąż mam braki w kosmetyczce. Podczas lektury książki zrobiłam sobie listę zakupów. Zdarzyło mi się kilka razy kupić coś, o czym Ewa mówiła na kanale, bo bardzo ufam jej rekomendacjom. Wydaje się wiarygodna i bardzo sympatyczna.
Czy taka jest naprawdę? O tym przekonam się na spotkaniu autorskim. Na ostatnich spotkaniach ilość ludzi szła w tysiące. Niestety spora część przyszła na spotkanie z celebrytą; a w Warszawie pewnie będzie jeszcze więcej ludzi. O spotkaniu raczej nic nie napiszę, ponieważ warszawskie jest ostatnie. Ale będę na pewno, o ile nie przerazi mnie ilość ludzi.

Polecam, bo porady są dla ludzi. Ot, takich zwykłych. Bardzo chętnie zobaczę inne książki Ewy, chętnie dowiedziałabym się na przykład czegoś o pielęgnacji. Ale to wszystko to tak ogromna ilość materiału, że chyba nigdy się nie wyczerpie...
Czytaj więcej >

Wiedźmin 3: Dziki Gon - Serca z kamienia (pierwsze wrażenia z gry)


Dziś o pierwszej w nocy miała miejsce premiera pierwszego dużego dodatku do Wiedźmina 3. Jeszcze dziś na stronie CDP możecie kupić dodatek za niecałe 34 złote; później jego cena wzrośnie do 40 bez grosza. Czy warto?

Okropnie szybko zleciał mi czas od premiery podstawowej gry do premiery dodatku, chociaż wcześniej wydawało mi się, że będę czekać całą wieczność. Spodziewałam się też znacznie wyższej ceny, dlatego na samym początku poruszyłam tę kwestię. Według opisu dodatek oferuje aż dziesięć godzin dodatkowej rozgrywki. Grałam już jakiś czas i podzielę się z Wami pierwszymi wrażeniami.


  • Kompletnie olałam główny wątek dodatku. Okazało się, że są też nowe zadania poboczne i za nie wzięłam się w pierwszej kolejności. Trochę czasu spędziłam w nowej lokacji; we wsi Bronovitz i zamierzam przetestować możliwości opisywanego przed premierą zaklinacza - nowego rzemieślnika.
  • Ucieszył mnie fakt, że nie muszę zaczynać gry od nowa i dochodzić do odpowiedniego poziomu, żeby zagrać w Serca z Kamienia. Jeśli z jakiegoś powodu ukończyliście grę podstawową, ale utraciliście zapis, wystarczy rozpocząć nową grę i wybrać opcję "tylko Serca z Kamienia". Rozpoczynamy na odpowiednim dla dodatku poziomie. Warto zacząć od rozdania punktów umiejętności. Mamy też sporo pieniędzy, eliksirów i innych przydatnych rzeczy. W tym trybie możemy też wykonywać zadania poboczne z gry podstawowej.
  • Zadania z Serc z Kamienia są zaznaczone w dzienniku nie na żółto, ale na niebiesko. Przydatne, bo zapewne nie każdy gracz pamięta, które zadania poboczne wykonywał, bo było ich bardzo dużo. Nawet tor wyścigu konnego związanego z dodatkiem jest zaznaczony na niebiesko. To drobiazg, ale bardzo ładny.
  • Są nowe karty do gry w gwinta, chociaż na razie dorwałam tylko jedną.
Ogólnie dodatek wydaje się mocno rozbudowany, chociaż cena i waga (niecałe 3 GB dla wersji na PC) są niewielkie. Jak już skończę, podzielę się dokładniejszą recenzją.

Potem zostanie tylko czekanie na drugi dodatek - Krew i wino. Jeśli będzie równie pozytywnie zaskakujący jak ten, to będę bardzo usatysfakcjonowana.
Czytaj więcej >

Kuchnia awaryjna: kurczę pieczone według Minerwy


Wczoraj w nocy, zamiast siedzieć i pisać posty na bloga, szukałam weny na Youtube. No dobra, nie szukałam weny, tylko traciłam cenne minuty mojego życia. Miałam przy okazji napad głodu, więc oglądałam przygotowywanie zupełnie niewyrafinowanego risotto i uznałam, że następnego dnia ruszę tyłek i przygotuję sobie własne. Jakimś cudem miałam nawet kurczaka. Miałam też soczewicę, którą koniecznie trzeba było zużyć, bo spleśnieje. Generalnie risotto jest bardzo dobrą opcją, kiedy ma się kurczaka i dużo dziwnych rzeczy w lodówce. Ale, cholera, nie miałam odpowiedniego ryżu.

Kuchnia jest w zasadzie mało awaryjna, bo zwykle wygląda to tak, że mam mąkę, jajka i kilka kompletnie niepasujących do siebie rzeczy. Tym razem miałam kurczaka, znalazłam brązowy ryż. Nie chciałam go tak zwyczajnie gotować, miałam w końcu ochotę na risotto, czyli na pyszny, maślany ryż nasączony bulionem. Stwierdziłam, że upiekę kurczaka na ryżu. Wyjdzie trochę za dużo, jak na mnie jedną, ale może kogoś poderwę na żarcie?

Przepis na kurczaka zapiekanego na ryżu możecie znaleźć wszędzie, więc nie będę pieprzyć o składnikach, proporcjach i innych pierdołach. Powiem tylko, co zrobiłam inaczej. Do zalewy (której na zdjęciu nie widać, bo danie po zalaniu wyglądało mniej apetycznie) dodałam więcej masła, bo chciałam, żeby było maślanie. Tylko porządnego masła, osełkowego, nie jakiejś Ramy o smaku masła. Z jakiegoś powodu większość ludzi robiło zalewę z ketchupem. A ja nie chciałam ketchupu. Wzięłam musztardę. Głównie dlatego, że chciałam, żeby nasączony zalewą ryż smakował trochę bardziej pikantnie; kurczaka posmarowałam na wierzchu miodem i posypałam wiórkami kokosowymi. Uwielbiam kurczaka w miodzie, chociaż w podstawowej wersji robię go w płatkach migdałowych, których, oczywiście, nie miałam.

Nie miałam też kostki rosołowej ani włoszczyzny, więc nici z bulionowej zalewy... Ale miałam liście laurowe. Zawsze coś. Na balkonie rozrasta się tymianek, więc ucięłam trochę i wrzuciłam dla aromatu, a co. Większość ludzi natarłaby kurczaka przyprawami, ale ja wszystkie przyprawy wrzuciłam tylko do zalewy.

Jak macie w lodówce ryż, chociaż połówkę cebuli i cokolwiek z kurczaka, to wymyślajcie własne wersje. Wychodzi soczyste, aromatyczne i dobre. U mnie wyszło z dużą dawką błonnika, bo soczewica i brązowy ryż. Białego nie lubię. Niestety z poderwania kogoś na jedzenie póki co nici, ale jeszcze zostały dwie porcje.

Następnym razem upiekę jabłka w karmelu, bo mam wielki skład jabłek w lodówce i nie ma komu ich jeść.
Czytaj więcej >

A ja noszę futro

https://www.facebook.com/fundacjaviva/photos/a.380387471990960.104216.109191125777264/1124657070897326/?type=3&theater
Fundacja Międzynarodowy Ruch na Rzecz Zwierząt Viva! mianująca sama siebie na Facebooku organizacją edukacyjną co jakiś czas nawołuje do przejścia na weganizm, nienoszenia futer czy zakazania wyścigów konnych, okraszając swoje nawoływania odpowiednimi zdjęciami i wypowiedziami. Zdjęcia i wypowiedzi są oczywiście skrajnie ideologiczne. Osoba, która nigdy nie była w porządnej stadninie i nie zajmuje się jazdą konną, po odpowiednim poście fundacji na pewno będzie największym przeciwnikiem wykorzystywania koni do jakichkolwiek sportów. Ale o tym, co robi się z koniem-emerytem będzie innym razem, dziś o futrach.

Po lewej widnieje wypowiedź o osobach noszących futra, cytuję pisownię oryginalną:
w ogole to najwieksze ludzkie gowno moze cos takiego nosic !!! gardze takim szlamem !!!
Fundację Viva! poznałam, gdy zgłosiłam problem z moją sąsiadką, która podczas zimnych nocy trzymała swoją płaczącą świnkę morską bez wody i jedzenia. Sama udzielam się na forach dotyczących zwierząt; wiele osób trzymających pupila w domu nie potrafi się nim dobrze zajmować, takie fora zwiększają świadomość ludzi. Ostatnio pomogłam fundacji zajmującej się kotami, byłam kilka razy w schronisku dla psów, żeby wyprowadzić zwierzęta na spacer. Jeżdżę konno w stajni, która dobrze traktuje konie i planuję wybrać się w przyszłym roku do schroniska dla koni jako wolontariusz. Ale jestem ludzkim gównem i szlamem, bo noszę futro. I jeszcze w dodatku jem mięso, nie zamierzam z tego zrezygnować i gdybym miała zabić świnkę w celu zrobienia z niej obiadu, zrobiłabym to. Z tym właśnie wiąże się jedzenie mięsa i trzeba się z tym pogodzić.

Kupiłam futro, bo moja matka miała futro, moja babka miała futro i wyglądały w nich szykownie. Kupiłam futro, bo mi się podobało. Bo jest cieplutkie, a ja w zimę wiecznie marznę; syntetyczny kożuszek się sprawdził, ale tylko na jeden sezon, po nim cała warstwa ocieplająca się zniszczyła. Wielka, puchowa kurtka czy jakiś ortalion nie pasuje mi do stylu. Kupiłam futro, bo miałam taki kaprys.

Jestem za tym, żeby zadbać o godne warunki hodowli zwierząt na futra (tak jak kur znoszących jajka, świnek, z których robimy schabowe i tak dalej), ale z jakiej racji ktoś chce zabronić mi korzystania z usługi, którą wybrałam dla siebie za najlepszą? Nie zamierzam nikogo namawiać do pójścia w moje ślady, świat podobno jest wolny. Możemy wybierać, czy chcemy być z chłopakiem, czy dziewczyną, możemy nawet wybrać płeć, sami decydujemy o tym, co jemy. I sami decydujemy o tym, co nosimy. Nikomu nie narzucam mojej religii, mojego stylu życia czy czegokolwiek, niech więc nikt nie narzuca mi swojego. Jeśli ktoś ma ochotę podpisać petycję, wspomóc akcję antyfutrową, to na zdjęciu i w jego opisie macie linki. Chociaż gdybym mogła, zachęcałabym do tego, żeby ZMIENIĆ warunki zwierząt hodowanych na futra, a nie ZAKAZAĆ ich hodowli. Pod taką petycją sama bym się podpisała obiema łapkami.
Czytaj więcej >

Najbardziej kontrowersyjna recenzja

Kadr z filmu "Mały książę". Źródło: Filmweb
Wiem, że Was zawiodę. Wiem, że mnie znienawidzicie, cofniecie suby, lajki, przestaniecie komentować. Może nawet zasłużę na miejsce nad Waszym łóżkiem jako tarcza do rzutek. Chcę tylko powiedzieć, że naprawdę się starałam. Zrobiłam, co mogłam, ale nie wyszło. Ja naprawdę szczerze nienawidzę Małego Księcia. Film tego nie zmienił.

Mój polonistyczny rozum mówi mi, że jest jakiś powód, dla którego ta książka została uznana za dobrą, chociaż przychodzi mi to z trochę mniejszym trudem niż użycie słów "Słowacki" i "dobry" w jednym zdaniu (nawet w tym). To się, kurczę, każdemu podoba. Nawet w gimnazjum byłam jedyną osobą, która - ku oburzeniu polonistki - wyraziła odmienne zdanie. Bo przecież nawet uczniowie zajęci chlaniem o inteligencji przeciętnego gibona przeczytali z przyjemnością! Dla mnie to jest tak obrzydliwie przesłodzone... I te złote myśli.
Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.
Dobrze widzi się tylko sercem.
Dla mnie to brzmi równie kiczowato jak Coelho, a to jest przecież literatura z mocno niskiej półki, chociaż się podoba. Ale Coelho przynajmniej udaje, jakoś te myśli ukrywa, cokolwiek... To-to wyżej napisał już Mickiewicz i zrobił to miliardy razy lepiej. Sama postać tytułowa mnie wkurza. Typowy rozwydrzony bachor. W filmie był równie irytujący!

Poszłam na film z nadzieją, że wreszcie się przekonam. Animacja była faktycznie ładna, wątek wymyślony całkowicie przez filmowców bardzo mnie wzruszył. Ale poza tym mam dokładnie takie same odczucia jak wyżej. W dodatku nie rozumiem, dlaczego ludzie nie pamiętają z podstawówki, że Mały Książę to nie jest zwykła bajeczka dla dzieci. Wszystkie maluchy nudziły się na tym filmie tak okropnie, że zamiast siedzieć grzecznie na czterech literach i gapić się w ekran, darły się, rzucały jedzeniem i wierciły.

No, porażka. Ale przynajmniej mojej matce się podobało, a ja mogłam się z niej ponabijać, bo ryczała jak bóbr. 
Czytaj więcej >

Kiedy przyjaźń dobiega końca


Jedyną osobą, na której zawsze możesz polegać, jesteś ty sam. Taka jest smutna prawda, z którą moja naiwno-romantyczna natura próbuje walczyć. Wszyscy inni nie tylko cię zawiodą, ale i odejdą. Sam siebie też zawiedziesz, ale jesteś skazany na swoje towarzystwo.

Człowiek to zwierzę społeczne

Nie możemy żyć bez przyjaciół. Nawet skrajni introwertycy ich potrzebują. Jak powiedział Pratchett, ludzie, którzy nie potrzebują innych ludzi, potrzebują innych ludzi, żeby mówić, że ich nie potrzebują. Aktualnie w moim życiu nie ma ani jednej osoby, z którą mam kontakt częściej niż dwa razy w tygodniu, chyba że ktoś ma do mnie jakaś sprawę albo zamieniamy dwa zdania o niczym. Muszę skupić się na samorozwoju, żeby ponaprawiać rzeczy, które w międzyczasie spierniczyłam. Są oczywiście osoby, które bardzo lubię, a nie mam odwagi zainicjować częstszego kontaktu. Ale są też tacy, których musiałam po kilku(nastu) latach wywalić z życia z mniejszym lub większym hukiem.

Nie karmić wampirów emocjonalnych!

Jeśli ktoś po raz kolejny nadużył twojego zaufania, jeśli regularnie cię obrażał, jeśli nie szanował twojego prawa do czasu dla ciebie (włażąc na twoje randki i rozwalając ci związek na przykład), wywal go ze swojego życia. Nie popełniaj mojego błędu. Wybacz, raz, drugi, nawet trzeci, ale czwarty już nie. Nie wybaczaj w nieskończoność. I nie czekaj na kroplę, która przeleje czarę goryczy.

Ale on tak dużo dla mnie zrobił...

Tak. A twój były był cudownym kochankiem, codziennie przynosił ci kwiaty i wyznawał miłość, ale cię zdradzał. Są rzeczy, których wybaczyć nie wolno. Nawet jeśli ktoś będzie próbował wzbudzać twoje wyrzuty sumienia. No dobra, jeśli ktoś zrobił ci coś wrednego, kiedy miał naście lat, a teraz ma 40, możesz wybaczyć. Możesz za jakiś czas ze zdradzającym byłym się przyjaźnić, jeśli chcesz, ale nigdy nie wracaj.

Po co ci w życiu ktoś, kto tylko cię męczy i obraża, a w dodatku nic nie wskazuje na to, że się zmieni? Daj sobie spokój z kimś takim i gwarantuję, że bardzo szybko zauważysz poprawę twojego zdrowia psychicznego.
Czytaj więcej >
Minerwa © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka